Cisza panująca w powozie, była do przewidzenia. Każdy spoglądał w różne kąty z daleka od innych. Ja natomiast wpatrywałam się w okno. Widok przemijających sosen dodawał mi otuchy, ale sama nie wiem dlaczego. Siedziałam obok zielonowłosej dziewczyny. Ona jako jedyna miała uśmiech na twarzy. Nie trudno było się domyślić, że reprezentuje żywioł ziemi. Na przeciwko nas siedziało dwóch chłopaków, reprezentanci wody i ognia. Droga zdawała się nie mieć końca, grobowa cisza nie pomagała w przyśpieszeniu czasu. W końcu ktoś postanowił ją przerwać.
-Cześć... co taka cisza?-odparła wesoło zielono włosa dziewczyna. Nikt jej nie odpowiedział. Zaczerwieniła się lekko i wróciła do zerkania w kąt tym razem bez uśmiechu. W końcu powóz zatrzymał się. Wszyscy skierowali swe oczy w stronę okna, kiedy nagle drzwiczki od powozu się-otworzyły. Za nimi stał mężczyzna ubrany na czarno i oznajmił, że jest zmiana woźnicy. Wszyscy wysiedlili na chwile. Konie zostały napojone, woźnica zmieniona, a dla nas zostało 10 minut przerwy. Wszyscy rozeszli się po polanie (bo właśnie przy niej znajdowała się nasza droga). Chłopacy poszli nad staw, ja weszłam na lipę, a ta zielonowłosa zniknęła mi z oczu. Minuty mijały, a ja owinięta suchymi gałęziami drzewa nuciłam fragment piosenki mojego ulubionego kompozytora. Co chwilę poprawiałam moją czarną, długą suknię, by się nie pogniotła, a co gorsza, by jej jakaś gałąź nie przedziurawiła. Było strasznie zimno. Zbierało się na porządną zamieć, dlatego woleliśmy już ruszać. Wszyscy zaczęli zajmować swoje miejsca kiedy nagle okazało się, że brakuje jednej osoby. Była nią ta zielonowłosa dziewczyna. Woźnica wysiadł z wozu i zaczął wołać jej imię. Coś na ''A''... nie słuchałam po co mi taka informacja? Nikt z naszej trójki się tym za bardzo nie zmartwił dopóki nie rozpętało się piekło, a dokładniej śnieżyca. Karoca zaczęła trzeszczeć pod wpływem pędzącego wiatru. Konie stawały dęba, i wzajemnie się kopały, a my siedzieliśmy w krótki rękawkach marznąc z zimna. Dobrze, że chociaż ja miałam długą suknię. Minęło pół godziny, a woźnicy z tą zielonowłosą nadal brak.
-Może chodźmy ich poszukać?- spytał jeden z chłopaków.- Przecież widzicie co się dzieje za oknem, jak nie wrócą to po nas.
-Zwariowałeś?- krzyknął drugi.
-No co Kevian?-spytał zaskoczony chłopak.
-Ja ci dam kevian... Kevin...- oznajmił ten cały ''Kevin''.
-Jak tylko z stąd wyjdziemy to już nie znajdziemy drogi powrotnej, poza tym zostawić konie i powóz bez czyjejś opieki?- spytałam.
-Nie wiem jak wy, ale ja idę- odparł ten drugi. Otworzył drzwiczki i myślałam, że zamrozi nas na kość. Ale nie miałam wyjścia. Ruszyłam się z siedzenia, poprawiłam sukienką i ruszyłam za chłopakiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz